Guachinche

O guachinche słyszałam już od mojego hosta w Puerto de la
Cruz – Haralda. Opowiadał mi, że są to takie lokalne restauracje, które
sprzedają własne wino i mogą one być otwarte tylko tak długo, jak mają to
własne wino. Jak tylko wino się kończy, a następuje to najpóźniej w okolicach
marca, guachinche jest zamykana. Ma to związek z tym, że to nie jest taka
normalna restauracja, nie sprzedają oni innego alkoholu i nie muszą spełniać
wszystkich norm, takich jak wyjścia ewakuacyjne, toalety itp. Głównie stołują
się tam sami tubylcy i dobrze się z takim tubylcem tam wybrać. Nam się
poszczęściło i Emilio, który jest Teneryfczykiem z dziada pradziada, jest
wielbicielem guachinche i zna chyba wszystkie w okolicy. 
Chciał zabrać nas do swojej ulubionej, ale jest już niestety
zamknięta, pojechaliśmy więc do następnej na liście.
Guachinche są zazwyczaj otwierane w garażach, a wystrój jest
naprawdę klimatyczny.
Jedzenie było pyszne, świeżutkie i jak najbardziej
tradycyjne.
Przyjęte jest, że w guachinche dostajemy jeden talerz z
którego wszyscy jemy. 
Do jedzenia dostaliśmy najpierw fasolę z mięsem, następnie
wątrobę wieprzową z frytkami, później wołowinę z warzywami w sosie, a na koniec
pieczonego na ruszcie królika. Wszystko podane w niezbyt wyszukany sposób,
dosyć ciężkostrawne, ale za to jakie pyszne! A, no i zapomniałabym o winie –
również było super, chociaż trochę mocne i razem z Adele, piłyśmy je z mirindą.
A na koniec nie mogłam sobie odmówić domowego deseru – musu
z czekoladą i herbatnikami. Tak się najedliśmy, że prawie się wytoczyliśmy
stamtąd, ale naprawdę warto było. Jedzenie pycha, a klimat niepowtarzalny.
Jeśli chodzi o ceny – przystępne. Za obiad dla 4 osób,
naprawdę solidny, dużo wina i napoje – 50euro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *